Mandragorat Wandystanu | SKOK „Żenady”

ZAREJESTRUJ SIĘ! | Zaloguj

Tajemnica Kellera - wznowienie serii - odcinki 1 i 2

Arkadij Magov, 23 kwietnia 2008


Wstęp od autora
Towarzysze! Mimo, że nie było tego widać wciąż pisałem moje opowiadanie, wciąż mam pomysły na pociągnięcie fabuły i wciąż ona powstaje, jednakowoż chciałem poddtrzymać płynność wydawania kolejnych odcinków, dlatego postanowiłem napisać kilka części naprzód i raz na tydzień, może częściej publikować jeden z nich. Udało mi się to zrobić dlatego na nowo ruszamy z serią. Poniżej, dla przypomnienia prezentuję dwa, publikowane już wcześniej odcinki, zaraz zostanie dodany trzeci - ten, którego jeszcze nie było. Życzę przyjemnej lektury i liczę na konstruktywną krytykę, a być może jakieś ciekawe i pomysły na pociągnięcie fabuły.

Odcinek 1

Był chłodny wrześniowy wieczór. Życie w Wandystanie biegło jak na tę porę roku wyjątkowo szybko. Może dlatego, że sporo się działo w polityce? Może dlatego, że gospodarka powoli podnosiła się z czerwcowego upadku? Może dlatego, że jeszcze było ZA ciepło jak na tę porę roku? Może... Jego to nie obchodziło.

Siedział na cholernie niewygodnym fotelu i obserwował mały kawałek papieru leżący na jego biurku. Spokojnie zdjął okulary, odłożył je na biurko, aby po chwili przetrzeć zmęczone po nieprzespanej nocy resztki oczu. Nie był zdenerwowany, ani zły. Jego profesja wymagała nerwów ze stali, wyzbycia się emocji i bezgranicznej lojalności. Trudno było wzbudzić na jego twarzy jakikolwiek nerw mogący wskazywać na odczucie jakiejś emocji.

Ponownie przetarł twarz, a po chwili założył okulary i westchnął. Na biurku poza przyborami i berettą 9 mm z tłumikiem leżała tekturka z napisem. Mimowolnie go przeczytał: „Aleksander Keller – Szef Służby Bezpieczeństwa MW”. Tia... Uśmiechnął się nieco cynicznie i spojrzał na papierek. Dopiero teraz dostrzegł na nim małą czerwoną plamkę. Krew? Tak. Łatwo poznać. Po tylu latach...

Ponownie odetchnął i wziął kartkę do siebie. Plamka na papierze to pierdoła. Pomoże co najwyżej ustalić nadawcę wiadomości. Bardziej zastanawiała go jej treść. „Howaj xiencia. Koń pendzi drogom i sra pot siebię.”. Wiadomość czytelna? Tylko na pierwszy rzut oka. W ogóle nie miał pojęcia o co biega, kto jest nadawcą kartki i po ki kefas mu ją przyniesiono.

Nigdy w życiu, jak wtedy, tak bardzo nie żałował, że SB w całej procedurze rekrutacyjnej nie uwzględnia kryterium „ortograficznego pisania”.

Znał różne szyfry, ale ten go rozpierdalał, bo ni chuja nie dało się go rozszyfrować. No nic. To jego problem. Wiedział przecież, że go już nie będzie.

Podniósł się z miejsca co poskutkowało przeciągłym skrzypnięciem fotela. Wstając odruchowo chwycił berettę i wykręcił tłumik. Uwielbiał go. Przy sprzyjających warunkach wystrzał z wyciszonej tłumikiem beretty był słyszalny jak pierdnięcie komara z odległości 2 km.

Powoli podszedł do okna omijając ostrożnie leżące na ziemi ciało. Nawet nie spuścił na nie wzroku. Nie jego to biznes. Patrząc przez okno w milczeniu nagle uświadomił sobie, że ktoś za nim oddycha. Poza uświadomieniem sobie tego nie zdążył już nic zrobić.

Odcinek 2

Hałas i cisza, ból i euforia, zimno i gorąco, szybko i powoli. Obudźcie się towarzyszu kawalerze...

Śmierdziało. Uryną i... szczurami? Uhm... No i jeszcze coś... Krew... Tak, to musiała być krew. Otworzył oczy, chociaż już sam nie wiedział czy przypadkiem nie ma ich otwartych. I tak było ciemno i tak. Był do czegoś przywiązany mocną liną. Każdy ruch powodował zaciskanie się liny na nadgarstkach, ramionach, nogach i... szyi. Szybko odpuścił sobie próby oswobodzenia się. Poza dźwiękiem dzwonków dźwięczącym mu w uszach przewijała się jedna myśl: „Co się kurwa stało?”

Jego głębokie przemyślenia przerwał mu metaliczny głos, który odezwał się nad nim, a może obok. Sam już nie wiedział. Myślał, że głos pochodzi z glośnika, chociaż równie dobrze mógł to być głos kogoś stojącego bezpośrednio obok. Nie takie rzeczy już widywał.

„Obudźcie się towarzyszu kawalerze...” –powtórzył głos. Tak... To ten głos mówił do niego podczas snu. A może to nadal był sen? Postanowił nie odpowiadać na wezwania. Niech myślą, że jest nieprzytomny. Jeśli to sen to się obudzi, jeżeli jawa, to oni go obudzą. Doszedł do wniosku, że skoro jeszcze żyje to musi być potrzebny i zamierzał taki pozostać jak najdłużej.

W jego umyśle zrodziła się masa pytań... Skąd wiedzą, że jest kawalerem? Gdzie się znajduje? Czemu jeszcze żyje? Kim tak naprawdę był jego cel? Kto i czemu go wrobił? Dlaczego płacili w engelsach? Komu podpadł? A może jakie informacje chcieli z niego wydobyć? Jakieś nazwiska, adresy, numery gadu-gadu? No i pozostawało jeszcze jedno pytanie, bardziej ogólne: co tu się kurwa dzieje? Rozmyślania przerwało skrzypienie otwierających drzwi. Usłyszał za sobą kroki. Starał się jak najdłużej utrzymać spokojne bicie serca, ale w takich warunkach wymagało to niemalże nadludzkich umiejętności.

Usłyszał gdzieś oddech. Już kompletnie stracił orientację. Nie wiedział nawet czy siedzi czy leży. Oddech nie brzmiał znajomo. Nie był taki wyrafinowany i spokojny jak ten w gabinecie Kellera. Ten był jakiś zdenerwowany, pełen agresji, nienawiści... Znał ten oddech... Przypominał oddech... Auć... Poczuł niesamowity ból i nie był w stanie określić jego źródła. Teraz już znał ten oddech na pewno.

To był oddech kata.

Rodzyny

Komentarze