Mandragorat Wandystanu | SKOK „Żenady”

ZAREJESTRUJ SIĘ! | Zaloguj

Ex-Mandragora głos w debacie

Defloriusz Dyman Wander, 7 lipca 2008



(dysklejmer: tekst poniższy jest kopyrajtowany z przyczyn realowo-umownych, zmieniono tylko nazwy własne, daty i nazwiska; swoją drogą to ciekawe, jak podobna jest rzeczywistość Polski AD 1999 i obecnej Sarmacji ;) także ten, wszelkie prawa zastrzeżone.

ps. obszerniejszych objętościowo głosów w dyskusji się nie spodziewam ;) )


NA STUDIACH PRAWNICZYCH W GRODZISKU

- Panująca w naszym kraju homofobia jest charakterystyczna dla społeczeństw wszystkich państw o słabym potencjale intelektualnym i syriuszowej dominancie gospodarczej – mówię śmiało w szesnastej minucie wykładu z prawa rodzinnego, a sala pełna durnych pizd wlokących się co rok na pielgrzymki, o oczach zarośniętych szklanymi błonami okularów o miliardach dioptrii dodatnich, oraz pięknisów w garniturkach, którzy wkrótce przejmą kancelarie prawne swych ojców, przerywa zapisywanie wykładu szeregiem straszliwie równych literek i wydaje z siebie zbiorowy pomruk niezadowolenia. W głowach pizd zderzają się dwa neurony w kształcie krzyży celtyckich, wytwarzając łańcuchową reakcję myśli puchnących na kształt oślizłego, nabrzmiałego obrzydzeniem balonu: „Ten durny Wandejczyk znów się odezwał!”
Wykład prowadzony jest przez profesora Dęba-Sekwoję, którego siwe włosy ułożone w spiętrzone fale przypominają kłąb gładko zaczesanej waty cukrowej. Ku mojemu bezbrzeżnemu zdumieniu Dąb-Sekwoja reaguje na to co powiedziałem, jednym skinieniem ucisza bulgot sali i mówi:
- Proszę Państwa, mamy oto spór w doktrynie!
Przez kolejnych dwadzieścia siedem minut prowadzimy żywiołową dyskusję; próbuję wykazać, że parom jednopłciowym należy przyznać prawa przysługujące małżeństwom, ponieważ istnieje takie zapotrzebowanie społeczne; domaga się tego również poczucie godności, będącej jak wiemy wartością konstytucyjnie gwarantowaną. Nikomu nie udało się dotąd udowodnić, że dzieci wychowywane przez pary homoseksualne ponoszą jakiekolwiek negatywne konsekwencje swej sytuacji rodzinnej. Profesor Dąb-Sekwoja uważa, że prawa do adopcji dzieci nie mogą być homoseksualistom nadane; jego czołowym argumentem pozostaje odmienna temperatura miłości okazywanej dziecku przez matkę i ojca. Zdaniem profesora idealna dla dziecka amplituda rodzinnego ciepła może być osiągnięta jedynie w związku heteroseksualnym, co uważam za kompletny idiotyzm, ale nie jestem w stanie na to zareagować; moja kariera na tych studiach, nie wspomniawszy o przyszłej karierze zawodowej, ległaby w gruzach, gdybym tylko obrzucił tego durnego starca stertą najpaskudniejszych obelg, na jakie zasługuje.
Po wykładzie wybiegam na korytarz i staję przy oknie, gdzie zapalam papierosa. Jest to możliwe tylko dlatego, że mamy rok 2008, a zatem lata dzielą nas jeszcze od wprowadzonych przez rząd Von Staufena Najmłodszego faszystowskich zakazów palenia w miejsach publicznych. Przy popielniczkach spotykam Wojtka, jednego z nielicznych w miarę normalnych kolegów z roku, który oznajmia mi, że w ostatnich wyborach głosował na Sarmacką Partię Demokratyczną. Wybucham oburzeniem i pytam co strzeliło mu do głowy; Wojtek odpowiada, że przecież nie ma na kogo głosować. Zaciągam się tak głęboko, że żar przybiera kształt marchewkoidalnego stożka. Od dalszej kłótni ratuje mnie Aleksandra, mądra blondynka o niezwykłej urodzie, która nie mniej ode mnie gardzi tymi studiami, ale w przeciwieństwie do mnie jest w stanie wykazać się konformizmem, z sukcesami przewodząc wydziałowej organizacji MLSA, będącej v-międzynarodowym zrzeszeniem studentów prawa. Do MLSA należą tylko pielgrzymkowe pizdy, synkowie wziętych adwokatów i biedni, acz ambitni chłopcy ze wsi, maskujący mizerię swej pozycji społecznej regularnym praniem garniturów i uczeniem się na pamięć komentarzy do kodeksów.
Aleksandra wlecze mnie za rękaw bluzy do siedziby MLSA, mieszczącej się piętro niżej. Wybieram sobie kazusy na konkurs krasomówczy, co jest oczywiście oszustwem (następnego dnia ma odbyć się uroczyste losowanie), ale zamierzam wygrać ten konkurs, poza tym w sposób uczciwy można co najwyżej umrzeć z głodu. Wybieram rolę obrońcy w sprawie nadużycia uprawnień przez funkcjonariusza PAMP, po czym przez dwie minuty pozwalam Aleksandrze lizać się po szyi; na kilkanaście sekund udaje się jej włożyć mi język do ust. Ponieważ nie mam erekcji, wymykam się z pokoju, wciskając jej kit o czekającym mnie jutro kolokwium poprawkowym, które z pewnością nastąpi – i to niejedno – ale dopiero przed sesją, kiedy to znów będę rozpaczliwie walczył o tróje; nie dlatego, że jestem głupi, a dlatego, że do tych studiów przymusili mnie rodzice, licząc na to, że jako pierwszy przedstawiciel rodu będę zarabiał duże pieniądze.
Przez dwie godziny wałęsam się bez celu po mieście, w nowo otwartym barze szybkiej obsługi (jakaś dreamlandzka sieć, właściciel naiwnie liczy na utrzymanie interesu w sąsiedztwie dwóch Mc Koniasów) jestem świadkiem zabawnej sceny; Jasiu Pawie Oczko, znany menel, którego ksywa pochodzi od powieki w połowie zrośniętej z brwią, zza której wyłania się fragment nabrzmiałej, szklistej rogówki oka, oklejonej zaskorupiałą ropą, podchodzi do stolika zajętego przed dwie wyfiokowane trzydziestolatki, prawdopodobnie pracownice pobliskiego oddziału Banku Sarmacji, wkłada brudne paluchy do ich sałatek wielowarzywnych i ryczy „MOJE!”. Przechodzę przez zdewastowane wyspy na Narwi i dwie minuty po czasie zjawiam się w pracy.
Jestem client service operatorem w międzynarodowej sieci wypożyczalni kaset wideo. W pokoju socjalnym, gdzie przebieram się w służbową koszulkę i gładkie, czarne spodnie z kantem, dopada mnie Tomek, manager naszego oddziału. Jest oburzony moim spóźnieniem; podnosi głos i żywiołowo gestykuluje. Nie umiem udawać, że go słucham, słucham więc naprawdę. Moje zdenerwowanie rośnie, przy słowach „sieć nie odczuwa z Twojej strony wystarczającego wsparcia” wizualizuję sobie kwotę 20 libertów, którą pracodawca przelewa mi na konto, kiedy przyjdzie mu na to ochota; cyfry materializują się na sweterku Tomka, równym jak powierznia wyschniętego, słonego jeziora. Przy słowach „musisz być świadom, że praca u nas jest dla ciebie wielką szansą rozwinięcia kompetencji zawodowych przydatnych w dalszej karierze, czego zdajesz się nie doceniać, w przeciwieństwie do wielu aplikantów ubiegających się o to stanowisko niemal każdego dnia” wizualizacja wzbogaca się o kolejny element, którym jest rozżarzony do białości metalowy drąg; wyobrażam sobie, jak przyciska się on do dupy Tomka, w mgnieniu oka wypala dziurę w jego spodniach i gaciach, by miękko wgnieść się w odbyt, wypełniając pomieszczenie wibrującym skwierczeniem i smrodem palonych wnętrzności; Tomek ryczy z bólu jak stado kotów miażdżone przez walec drogowy. To niestety tylko marzenia, w rzeczywistości mój szef klepie swój monolog korporacyjnej miłości i oddania firmie, a moje blade, ledwo bijące serce wypełnia uczucie bezgranicznej litości; policzki zaczynają mi dygotać, do oczu napływają łzy, wpadam w szloch, wyobrażam sobie jak smutne musiało być jego życie p r z e d w y p o ż y c z a l n i ą. Skończył studia z marketingu i zarządzania na Akademii Unisławowskiej, albo w innej zawodówce dla księgowych, liczył na wielką karierę w bankowości, a może w panv-światowej korporacji z branży FMCG, mamy jednak rok 2008, rząd prawicowy i kryzys Syriusza. Po wielu miesiącach trafił więc do wypożyczalni, gdzie jego jedynym obowiązkiem jest poganianie kilkorga zatrudnionych tam wychudłych studentów i uświadamianie im, jak ważną misją jest sprawne wręczenie klientowi odpowiedniej kasety. Na widok moich łez Tomek mityguje się, klepie mnie po ramieniu i mówi, że jeśli będę się starał, na pewno będzie dobrze. Trzeba cały czas pamiętać, że żyjemy w czasach wolności gospodarczej, Marku, a ona z a w s z e wiąże się z odpowiedzialnością.
Uspokajam się, wycieram oczy chusteczką, wchodzę za ladę i realizuję kolejne zamówienia. Po dwóch godzinach nadchodzi czas przerwy. Zwykle idę wtedy na papierosa, jednak tym razem postanawiam pójść do magazynu i z własnej woli pomóc koleżance przyjąć dostawę. Po kilku minutach proponuję, że ją zastąpię; w tym czasie mogłaby skorzystać z nadprogramowej przerwy. Jest mi niezwykle wdzięczna, uśmiecha się szeroko, wychodzi. Otwieram wszystkie pudełka z horrorem „Trzask czaszki”. Film opowiada o seryjnym gwałcicielu-mordercy, który kolekcjonuje czaszki swoich ofiar, używając ich później do masturbacji. Wyjmuję kasety i zamieniam je z filmem dla dzieci „Pinokio 2: Tropicańskie wakacje”. Zanoszę kasety za ladę, drukuję kartkę z napisem „promocja” i informuję pierwszą klientkę z dzieckiem, że film „Pinokio 2: Tropicańskie wakacje” jest dziś darmowym dodatkiem do dowolnego tytułu. Klientka bardzo się cieszy, wypożycza „Dirty Dancing” i bierze ode mnie pudełko z pornohorrorem. Na okładce pudełka uśmiechnięty Pinokio siedzi na jakiejś plaży; to chyba Punta. Klientka odchodzi. Kiedy jest już przy drzwiach wołam za nią, żeby zaczekała. Odwraca się z rozanielonym uśmiechem. Usługi naszej firmy aktywnie pobudziły jej pozytywne emocje. Również się uśmiecham i informuję, że zapomniałem o jeszcze jednym elemencie promocji, po czym wręczam jej dziecku lizaka o smaku v-coca v-coli.



Rodzyny

Komentarze