Mandragorat Wandystanu | SKOK „Żenady”

ZAREJESTRUJ SIĘ! | Zaloguj

Konrad.

Aborcjusz Struszynski, 13 lipca 2008


The Konrad
Opowieść mająca w sobie pewien sens dotyczący przyszłości, ale też dająca się dowolnie dokańczać w komentarzach.


Był upalny, lipcowy dzień. Konrad rozluźnił krawat, nawet rozpiął najwyższy guzik koszuli, lecz to nie pomagało. Od godziny nie mógł się skoncentrować. Wyszedł z gabinetu na korytarz, dotarł do końca, gdzie znajdował się pokój socjalny. Wypełniał go zapach świeżej kawy, jednak Konrad o kawie nie myślał. Pobudzenie stymulował upał i duchota, pot lejący się z czoła i lepiąca się do ciała koszula z obowiązkowym krawatem, która w tych warunkach zasługiwała na miano żelaznej puszki. Zza otwartym oknem rozpościerał się widok rozbudowującej się Genosse-Wanda-Stadt. Krupinowo, z zarysowanymi kominami elektrowni na skraju Lasu Mugabowskiego, wyznaczały dotąd koniec miasta, zgodnie z planem zagospodarowania przestrzennego Mandragora Winnickiego. Od kilku tygodni trwały jednak intensywne prace budowlane za Krupinowem, wedle projektu rozbudowy miasta autorstwa Mandragora Sobczaka. Za Krupinowem mają powstać Piekary i Ciemnowąsy. Konrad spojrzał na ścianę, na jakiej jeszcze niedawno wisiał portret Towarzysza Winnickiego. Obecnie znajdowała się tam duża fotografia uśmiechniętego Towarzysza Sobczaka. „Czasy się zmieniają, mamy coraz więcej roboty do wykonania, towarzysze!” - Konrad przypomniał sobie przemowę dyrektora departamentu, który polecił zmienić portrety Mandragorów, którzy ustąpili miejsca swoim następcom, jednocześnie zlecając ogrom nowych obowiązków. Konrad nalał sobie kubek chłodnej wody z dystrybutora, otarł pot z czoła i wolnym krokiem skierował się z powrotem do swojego gabinetu.

Cztery godziny później, z zapiętym guzikiem pod szyją i zaciśniętym krawatem, w marynarce, siedział naprzeciw dyrektora departamentu. Ten długo przeglądał przyniesione przez niego dokumenty. Wreszcie się odezwał.
- Tak, tak, towarzyszu – mówił nie odrywając wzroku od wydruków – Wandystan nie może spocząć na laurach, musimy iść z postępem. Kolej jest nam potrzebna. Potrzebuje jej przemysł, potrzebują jej mieszkańcy i turyści. Wasz projekt stacji przy lotnisku w Gagarinach Wielkich nie uwzględnia nowych założeń.
- Ależ towarzyszu dyrektorze, wykonałem projekt... - Konrad, nie do końca rozumiejąc, od razu zaczął się tłumaczyć.
- Towarzyszu. - Dyrektor spojrzał na niego spokojnym, ojcowskim spojrzeniem, i bardzo spokojnie oświadczył – Ja do was pretensji nie mam. Zrobiliście wszystko jak należy. Ale założenia się zmieniły. Właśnie otrzymałem nowe wytyczne, godzinę temu. Cały zespół musi zacząć od nowa. Lotnisko będzie przebudowane, jeden tor dla terminalu towarowego nie ma już racji bytu. Architekt od lotniska twierdzi, że obecnie powinno budować się rampy przeładunkowe, z pełną robotyką, dźwigami i tak dalej. Musicie zmienić koncepcję i z jednego toru zrobić trzy rampy.
- Towarzyszu dyrektorze, znam na pamięć plan lotniska, tam się to nie zmieści.
- Towarzyszu, wszystko się zmieści, wierzę w wasze kompetencje. A teraz wracajcie do pracy, ponieważ muszę tu po kolei wzywać wszystkich z was i każdemu dawać nowe wytyczne. - Dyrektor wręczył Konradowi jego projekt, oraz nową dokumentację. Konrad wyszedł, czując wściekłość, a zarazem niepokój, czy nowy projekt w ogóle uda się zrealizować.

Późnym wieczorem, Konrad wraz z kilkoma innymi inżynierami, siedział w ogródku Kawiarni u Sztumbanfirera. Obok kawy, przyrządzanej na różne sposoby, serwowano tam również lodowate piwo. Jeden z siedzących komentował lekturę prasy:
- Wyczytałem w Wandei Ludu, że już nadano ten nowy order.
- Order Kedara? - zapytał ktoś inny.
- Tak, Order Kedara. Nadano go samemu Kedarowi.
- Bez sensu. - Wtrącił się Konrad. Reszta wybuchnęła śmiechem.
- Konrad, ty chyba za dużo pracujesz, czytasz ty w ogóle gazety? Wiesz co się dzieje? - Rzucił roześmiany Stefan, inżynier budownictwa, pracujący przy budowie Ciemnowąsa.
Masz rację, za dużo pracuję. Potrzebny mi urlop. - Odparł Konrad. - Wybrałbym się do Precelkhandy, tam to jest życie! Wszystko jest zautomatyzowane, nawet kolor budynków możesz sobie zmienić przyciskiem.


~-~^~-~^~-~^~-~^~-~^~-~^
Towarzysze!
Może dokończycie w komentarzach?

Rodzyny

Komentarze

  • Aborcjusz Struszynski

    To ja zacznę, dla dodania towarzyszom otuchy, dla zachęty. No więc, oni sobie tam siedzą przy tym stoliku:

    - Oj Konrad, urlop jest ci potrzebny natychmiast, najlepiej już teraz. - Stefan łyknął piwo. Wyciągnął następnie tytoń i bibułki. - Pozwolicie, towarzysze, że skręcę sobie papierosa.
    - Patrzcie tam! - Nagle jeden z nich zawołał, wskazując palcem.

  • Defloriusz Dyman Wander

    "Let me see you stripped!" - śpiewała płowowłosa striptizerka ubrana w mundur SS, vintage 1943. Na jej twarzy malował się wyraźny wpływ Roberta Czekańskiego.
    - Oczyma duszy dostrzegam, że ta niewiasta pracuje na jednej z wielkich budów socjalizmu, a jedynie wieczorami służy swym ciałem płochym robotnikom i inteligencji pracującej- powiedział Stefan poprawiając kołnierz koszuli. Strumyki rozgrzanego potu spływały mu z karku między łopatki, a stamtąd w gąszcz owłosienia pokrywający plecy niby gęsty kożuch pleśni zalegający na mózgowiu doktora Kedara.
    - Odczuwam gwałtowny podmuch zmęczenia- oświadczył Konrad. - Muszę zaprojektować coś lekkiego i zwiewnego.

  • Helmut Walterycz

    -Jak myśli doktora Makowskiego? - zażartował głupio Stefan.

  • Aborcjusz Struszynski

    - Tak, coś właśnie takiego. - Odpowiedział Kondrad.
    Stefan spreparował już skręta i zapalił. Zaciągnął się bladym dymem, zamknął oczy i z wyraźną radością wypuścił dym z płuc, robiąc przy okazji kilka kółek. W tym momencie striptizerka gwałtownym szarpnięciem zrzuciła z głowy perukę.

  • Prezerwatyw Tradycja Radziecki

    Spod niej wysypała się burza rudych włosów. Szybciej niż podrywający się inżynierowie, którzy rozpoznali rudą agentkę scholandzkiego wywiadu - nie na darmo wywiesili jej obrazki spece z SB) wyrwała z kabury Lugera, który okazał się być prawdziwy i naładowany, po czym skierowawszy na nich lufę nacisnęła spust...

  • Aborcjusz Struszynski

    ...z lufy wyskoczył plastikowy kwiatuszek. Inżynierowie popatrzyli na siebie, roześmiali się, po czym wszyscy bili brawo. Wówczas striptizerka dostała jakby konwulsji, a przynajmniej jej głowa zaczęła się trząść. W pewnym momencie twarz podzieliła się na prostokątne części, które zaczęły się rozsuwać odsłaniając skrywaną w środku głowę Arnolda Szwarcenegera. Wszyscy stali w zdumieniu. Arnold również. Rozglądał się na boki, patrzył na kolejne twarze wokół, i nieśmiało wypalił:
    - Przepraszam, ja myślałem, że już jesten na Marsie. Bardzo przepraszam.
    - Te, Terminator! - Zawołał mały kelner z delikatnym różem na powiekach - Może i nie mam pamięci absolutnej, ale barczystych gubernatorów to pokazuje lokal za rogiem! My tu takich na scenie nie chcemy!
    - OK, OK, już idę - rzucił Arnold.

  • Timan Demollari

    Nie zauważył jednak wielkiej dziury w ziemi. W jednej chwili Arnold był, w drugiej już nie. Wpadł do przepastnej nory pełnej bigosu i zielonych papuci marki "Telesfor", rozmiar dwadzieścia dziewięć i pół.
    - Szajse, Iś tonę! - pomyślał [z ustami pełnymi dziecięcego obuwia wykrzyknąc nie mógł].

  • Aborcjusz Struszynski

    Ktoś przebiegał tamtędy. Chcąc pokonać wielką dziurę w ziemii skoczył z krawędzi na kudłatą wysepkę pośrodku, odbił się od niej lewą nogą i już biegł dalej, po drugiej stronie. Bulgotająca wysepka znikła w bigosie z papuciami. Nad miastem wystrzeliły fajerwerki. Zdawało się, że księżyc usiłuje niektóre z nich zdmuchnąć. Szwadron biedronek przebranych za jeże usiłował przełamać blokadę utworzoną ze słomek, widelcy i monet.

  • [żeby komentować zaloguj się]