Mandragorat Wandystanu | SKOK „Żenady”

ZAREJESTRUJ SIĘ! | Zaloguj

List otwarty do obywatela M. Łaskiego

Aborcjusz Struszynski, 31 lipca 2009



> "Mam prośbę jakby ktoś zadał Towarzyszowi Struszyńskiemu pytanie na
> LDMW , czy wykonałby polecenie które jest sprzeczne z jego własnym
> sumieniem, przekonaniami?
>
> I niech mu ktoś przekaże, że nie czuję się "ograniczony umysłowo".
>
> --
> Pozdrawiam
> Michał diuk Łaski"


Drogi reakcjonisto, obywatelu Łaski!
Czcigodni Towarzysze czerwonej rewolucji!

Oto otrzymałem przez posłańca pytanie, zadane mi przez aparatczyka dyktatury z jednego z tych złowrogich, agresywnych i imperialistycznych reżimów monarchofaszystowskich, jakimi nasze babki wciąż straszą nasze dzieci! Za nim jednak padnie odpowiedź, zacny reakcjonisto, nadawco pytania (wszak wiadomość tę otrzymasz tak, czy inaczej), czcigodni Towarzysze (czytający LDMW i Wandeę Ludu, gdzie ta wiadomość się ukaże), oraz wszyscy inni czytelnicy (którym ta wiadomość przewinie się przez łapska), musicie uzbroić się w cierpliwość. Wcześniej bowiem
potrzeba objaśnić kilka kwestii, co wbrew pozorom jest bardzo potrzebne.

(...)

Towarzysze, w pytaniu tym znajduje się zarzut, że pozwoliłem poczynić sobie na LDMW kpiny z powodu dymisji reakcjonisty, nadawcy pytania. Otóż stwierdził, że otrzymał reprymendę od swego przełożonego, zakaz gadania bzdur na liście dyskusyjnej innego państwa, a ponieważ nie był w stanie zagwarantować wypełnienia tego polecenia - jak sam to wyraził – zrezygnował z pełnienia urzędu. Jego pytanie brzmi: czy ja, Struszyński, wykonałbym polecenie które jest sprzeczne z moim własnym sumieniem, przekonaniami? Tak bowiem w swym niezbyt górnolotnym dowcipie przedstawiłem problem, proponując hipotezę, że ów reakcjonista miał w swym sumieniu wolę gadania bzdur, a dostał zakaz ich głoszenia, niezgodny z sumieniem. Sądząc zapewne, że taka sytuacja budzi grozę i jest nierozwiązywalna inaczej, że każdy, komu szef nakazuje czynić „coś niezgodnego z sumieniem” ustąpi, liczy zapewne, że po przeformułowaniu problemu i postawieniu mnie w takiej sytuacji, odpiszę: "drogi obywatelu Łaski, z przykrością jestem zmuszony poinformować Was, że na Waszym miejscu uczyniłbym to samo". Być może reakcjonista ten zaciera ręce, że oto pytaniem swym, dość skromnym, zdołał porazić złego wandejczyka niczym Zeus razi piorunem śmiertelników.

Spójrzmy tedy na taką sytuację. Jest oto tokarz. Pracuje przy maszynie i toczy coś z metalu. Brygadzista klepie go po ramieniu i mówi, że źle toczy, popsuje materiał i lepiej, aby zajął się czymś innym. Niech posprząta warsztat, porobi co w magazynie, ale niech nie toczy. Tokarz myśli sobie wówczas "o cholera, sumienie mówi mi, że mam toczyć, sądzę, że wiem jak to się robi, robię to więc dobrze, a ten twierdzi, że źle i że mam nie toczyć". Czy ten tokarz może palnąć materiałem, w którym toczy, w brygadzistę, splunąć i iść w cholerę? Zgodzicie się ze mną, że może. Nic złego się nie stanie, jeśli uzna, że nie mogąc zrealizować polecenia przełożonego, „niezgodnego z jego sumieniem”, "poda się do dymisji". Po prostu rzuci pracę i pójdzie robić gdzie indziej. Specjalnie nas to nie razi.

(...)

Ale zostawmy tokarzy, śmieciarzy, taksówkarzy, hydraulików, ogrodników, magazynierów. Spójrzmy na inne zawody, bardziej odpowiedzialne. Rozważmy teraz taką sytuację. Jest oto lekarz dyżurny w końcówce czasu swojej zmiany. Dyżur miał ciężki, wyobraźmy sobie, miał wiele przyjęć, musiał też parokrotnie przywiezionego pacjenta zbadać i odmówić przyjęcia, użerając się z wyzywającą go od nierobów, łapówkarzy rodzinami takich chorych. W dodatku na oddziale zmarł jakiś ciężko chory pacjent, któremu nie mógł już w żaden sposób pomóc, a namęczył się przy nim dużo, zaintubował, reanimował, lecz na daremno. Wyobraźmy sobie, jak w ostatnich minutach dyżuru znowu przyjeżdża karetka pogotowia z chorym, a za nią jakaś rozhisteryzowana rodzina chorego. Pół żywy doktor bada pacjenta, ale ten nie współpracuje. Lekarz prosi o jedno, a chory co innego. Wiele danych jest niespójnych, usiłuje dowiedzieć się, skąd chory ma takie blizny na biodrze, czy już wcześniej był hospitalizowany i czy rodzina przywiozła karty informacyjne z tych hospitalizacji. Jakie chory zażywa leki, w jakich dawkach i o jakiej porze, czy leczył się na nadciśnienie, o jakim rodzina ciągle mówi. Wypełnia przy tym rozmaite papiery, wpisuje po raz kolejny te same dane do rubryczek przeróżnych druków, wystawia zlecenia na pierwsze, wstępne badania podstawowe, usiłuje dodzwonić się do innego szpitala. Wyobraźmy sobie, że ten chory ma historię omdleń, wchodząc po schodach sapie, dyszy i trzyma się za serce. W szpitalu kardiologii nie ma, więc lekarz usiłuje się dodzwonić do innego szpitala, gdzie kardiologia jest. Ale raz nikt nie podnosi słuchawki, to znowu tamtejsza pielęgniarka mówi, że nie wie gdzie jest lekarz i niech jej głowy nie zawraca, a to znowu odbiera jakiś stażysta i tłumaczy, że on nie może konsultować, ani decydować o tym, jak się na konsultację kardiologiczną umówić, z kin i na kiedy. A tu niespodziewanie przychodzi szef, przełożony – ordynator, i zwraca się do lekarze: „Heniu, bądź tak łaskaw i skocz do administracji po druki urlopowe, chcę pojutrze lecieć z żoną na Jamajkę. Tylko załatw to szybko, zaraz wychodzę”. I co? Słusznie spodziewamy się, że lekarz uzna, że to jest „wbrew jego sumieniu”. No jak, ma rzucić wszystko, nie załatwić konsultacji kardiologicznej, nie wypisać wszystkich zleceń, nie zbadać do końca pacjenta, nie zebrać dokładnego wywiadu? Czy ma wówczas stwierdzić, że oto jest dramat, „ja się do tego nie nadaję, nie będę wykonywał poleceń niezgodnych z moim sumieniem, nie gwarantuję, że wykonam to polecenie więc się zwalniam”. Czy, drodzy Towarzysze, ktoś kiedyś słyszał o czymś takim? Czy tak wygląda praca zawodowa odpowiedzialnego człowieka na odpowiedzialnym stanowisku? Ten lekarz jakoś musi sobie poradzić w tej historii, pogodzić to, co należy do jego obowiązków, z tym, czego sobie zażyczy przełożony. Ale nikt z Was, moi drodzy, chyba nie sądzi, że ten lekarz zrezygnuje z pracy, zostawi to, co lubi, to, o co tak długo walczył – bo wszak zostanie lekarzem to nie taka prosta sprawa, jak zostanie tokarzem – tylko dla tego, że szef nakazał uczynić coś, co się jemu nie podoba?

(...)

Towarzysze! Zacny reakcjonisto! Czyż więc nie jest tak, że w pewnych sytuacjach można sobie pozwolić na rzucenie wszystkiego w cholerę, z powodu jakiegoś kaprysu przełożonego, ale w innych tak po prostu nie wypada? Czy nie jest tak, że prości ludzie, wykonujący prostą pracę, mogą mieć do niej stosunek taki, jak bohater „Faktotum” Charlesa Bukowskiego, pijak i menel, nie mogący zagrzać miejsca w pracy na dłużej niż miesiąc; zaś ludzie na poziomie, wykonujący ambitną, trudną i odpowiedzialną pracę, od których wymaga się czynienia cudów, pokonywania złożonych sytuacji kryzysowych, wychodzenia z rozmaitych patów, powinni mieć do swej pracy jednak inny stosunek? Obywatelu Łaski, Towarzysze! W pracy napotykamy się na przeróżne dziwne i niejasne sytuacje, zwłaszcza w pracy urzędnika państwowego. Wiem to dobrze, sam mam w swym życiorysie kilka takich doświadczeń. Byłem członkiem wandejskiego rządu, członkiem Rady Polityki Zagranicznej, delegatem wandejskim do OPM; byłem także kwiatonem (monarchofaszyści czytają: posłem), szefem partii politycznej, a nawet swego czasu byłem i wiceprezydentem Mandragoratu Wandystanu. Poznałem się troszeczkę na tej robocie, miałem własną wizję sprawowania urzędu, ale nie zawsze była ona zgodna z wizją przełożonego – Prezydenta. Zdarzały się sytuacje, kiedy mieliśmy odmienne opinie. Co prawda rzadko mnie karcono, właściwie nigdy, ale zdarzało się, że żądano, abym pewne działania realizował inaczej. A więc, jak by nie było, niezgodnie z moim sumieniem. Jednakże cóż to byłby ze mnie za urzędnik państwowy, jeśli bym był zbyt pyszny i ambitny, zbyt dumny, aby słuchać uważnie przełożonego i wykonywać jego polecenia? Aby w ogóle robić to, co do mnie należy? Owszem, jak każdy przełożony, obaj moi prezydenci, a byli to Towarzysz Perun i Towarzysz Magov, mieli niekiedy fanaberie i stawiali przede mną dziwne, niezrozumiałe dla mnie i niezgodne z moim sumieniem wymagania. Jednak cóż to byłby ze mnie za urzędnik, jakim byłbym politykiem, jeśli nie umiałbym budować kompromisów? A jeżeli nie mogłem przekonać przełożonych do swoich racji, musiałem najwyraźniej pogodzić się z tym, że nie są one zbyt mocne i słuszne, i jako ich podwładny, grzecznie usłuchać i zrobić to, co sobie życzyli. Bynajmniej nie dla tego, że byłem pantoflarzem, ale dla tego, że przełożonych trzeba słuchać, a nie obrażać się na nich, czy wydziwiać, jeżeli chce się utrzymać stanowisko. A bez tego, ani nie mógłbym wypełnić swoich zobowiązań, zrealizować celów, ani prowadzić własnej, skromnej polityki. Raz ja czynię ustępstwo, innym razem przełożony, jak się da przekonać. Towarzysze, reakcjonisto! Nie mówimy tutaj przecież o jakiś bardzo nikczemnych rozkazach, o zmuszaniu do nieetycznych zachowań! Moi przełożeni nie żądali ode mnie, abym włamywał się na strony Dreamlandu, kasował wpisy w rejestrach bazy danych jakiegoś obywatela, czy robił inne, gorsze jeszcze przestępstwa. Nie o taką „niezgodność z sumieniem, przekonaniami” tutaj chodzi. To jest jasne.

Tak więc, powoli zmierzając do sformułowania ostatecznej odpowiedzi, zacny obywatelu monarchofaszystowskiej krainy, daliście po prostu dupy. Okazaliście się być za ciency do tej roboty. Wymiękliście. Czyż nie słusznie żartowałem sobie, że być może nie potrafiliście kontrolować własnych zachowań? Że nie potrafiliście uszanować własnych przełożonych? Na co komu taki urzędnik? Kto Was teraz zatrudni? A jeśli nawet znajdzie się kto taki, to czy powierzy Wam jakieś trudne zadanie, jakieś wyzwanie? Po co, skoro w sytuacji kryzysowej tupniecie nóżką z różowym pantofelkiem, i powiecie swemu szefowi: „nie! Pozwólcie mi to zepsuć do końca! Nie będę słuchał głupich poleceń! Nie jestem w stanie zapanować nad sobą! Mam gdzieś ten cholerny kraj, tę robotę i was, parszywy szefie!”.

Oczywiście, te wszystkie złośliwe przytyki i opisy charakteru, cech intelektu itd., są dowcipem. Złym, niesmacznym, obleśnym, niesprawiedliwym – być może, ale dowcipem. Odnoszą się do wyimagowanego, wirtualnego obywatela Łaskiego, aparatczyka reżimu monarchofaszystowskiego. Bynajmniej nie opisują one realnej osoby, która gdzieś tam siedzi, Wanda wie jak się nazywa, jaką ma płeć, ile ma lat, i która wysyła te wszystkie maile podpisane „Łaski” z dodatkiem tego zabawnego, dziecinnego tytuliku arystokratycznego. Komentarze te nie mogą tej osoby dotyczyć, bo i jak by mogły? Wszak się osobiście nie znamy, a gdybyśmy się gdzie spotkali, to pewny jestem, że i mielibyśmy o czymś ciekawszym do pogadania. Mam jedynie nadzieję, taką nadzieję żywię, że tam daleko, w tym dziwnym, monarchofaszystowskim światku, wolno Wam zachować odrobinę luzu i dystansu, i nie zdarza się Wam mieszać rzeczywistości z fantazją internetowej zabawy.

Towarzysze, obywatelu reakcjonisto! Czy więc wyraziłem się jasno i zrozumiale? Sprawa nie jest tak pozornie prosta, bowiem są różne sytuacje. Ale zauważmy, nie mówimy tu o jakiś nieetycznych poleceniach, które kieruje do nas przełożony. Nie mówimy tu o poleceniach nakazujących łamanie prawa, relacji międzyludzkich. Mówimy o zwykłej, najzwyklejszej relacji szef – podwładny, która to, kochani Towarzysze, która to w dodatku osadzona jest w polityce, a tam zawsze jest jakiś jeden lider, jeden przodownik, wskaziciel kierunku polityki zagranicznej. Zażądanie przez niego, aby podwładny nieco przyhamował w rozmowach toczonych na placówce zagranicznej nie jest chyba niczym innym, jak tylko kolejnym, głupim bądź nie, widzimisiem, najzwyklejszym poleceniem służbowym, do którego, czy się z tym zgadzamy, czy nie, powinniśmy podejść tak, jak to podwładny podchodzi do wskazówek szefa. W tym poleceniu nie ma nic niezwykłego. Czy więc drogi nadawco pytania, otrzymujecie teraz odpowiedź, jakiej oczekiwaliście?

Gorąco pozdrawiam, przesyłam garść całusów, choć zapewne przez posłańca. Proszę więc doczytać wiadomość do końca i upomnieć się, aby Was czule pocałował.

Z wandejskim pozdrowieniem (z języczkiem),

Towarzysz Aborcjusz Struszyński.


Komentarz. Powyżej zamieszczony tekst jest zrewidowaną, poprawioną i wyzwoloną duchem Wandy spod błędów językowych, drugą wersją odpowiedzi na prośbę czcigodnego i przewspaniałego męża stanu, króla dyplomacji, obywatela Łaskiego. Pierwotna wersja znajduje się tutaj: http://groups.yahoo.com/group/wandystan/message/37348

Rodzyny

Komentarze

  • Jeśli Pan nie zgadza się z decyzją to dobrze, ale całe szczęście w Księstwie Sarmacji nie wolno przymuszać do pracy.

  • Aborcjusz Struszynski

    Sądzę, że tak doświadczony, oddany i pałający chęcią pracy osobnik, jak Pan Łaski, z pewnością mógłby osiągnąć wiele. Bez względu na stylistyczną retorykę powyższego (i innych) artykułu życzę temu Panu owocnego urlopu i powrotu do takiej, czy innej pracy.

  • [żeby komentować zaloguj się]