Mandragorat Wandystanu | SKOK „Żenady”

ZAREJESTRUJ SIĘ! | Zaloguj

przed kancelarią Struszyńskiego

Aborcjusz Struszynski, 20 października 2010


Przed Urzędem Urbanistycznym Miasta Stołecznego zbiera się od rana tłum. Początkowo było to tylko kilka osób, później stało ich już kilkanaście, mieli transparenty. W chwili obecnej jest to już ogromny tłum, masywnie otaczający cały budynek, rozświetlający mroki jesiennego wieczoru reflektorami ustawionymi na profesjonalnych statywach. Gdzieś w oddali grupka młodzieży tańczy w rytm jakiejś dzikiej muzyki, trzej starsi mężczyźni rozmawiają stanowczo gestykulując, obok nich znajduje się stoisko z pieczonymi kiełbaskami, cebulką i musztardą. Co jakiś czas ktoś odchodzi w dal, jednakże w tym czasie więcej ludzi dochodzi. Przychodzą samotnie, przypadkiem, także parami. Niektórzy trzymają się za ręce, zmierzając wolnym krokiem z uśmiechem na ustach, inni dołączają w mniej lub bardziej zorganizowanych grupkach. Stojący bliżej urzędu tworzą natomiast ciasny kordon i chcący podejść jeszcze bliżej, zmuszeni są mocno napierać i wręcz przedzierać się, jakby przedzierali się przez nieprzyjazny gąszcz nachodzących na siebie chaszczy. Tłum stojący najbliżej skanduje „ściąć Struszyńskiego!” Ktoś rozdaje koszulki z podobizną Józefa Ignacjusza Guillotina. Ustawiono już cztery ścinarki głów, dwie elektryczne, jedną grawitacyjną, sterowaną przez atrakcyjny wizualnie zestaw różnokształtnych ciężarków, czwartą zaś, najskromniejszą, sterowaną ręcznie. Co jakiś czas demonstrowana jest pełna gotowość tych urządzeń po przez widowiskowe przekrojenie arbuza, bądź kukły. Grupka młodych ludzi, ubranych w czarne koszule ze stójkami, ustawia piątą gilotynę, zaś inna grupka znosi poszczególne elementy z jakich zamierza zbudować jeszcze jedną. Poszczególne zespoły dekapitacyjne kłócą się między sobą o to, na jakiej machinie winno się zdekapitować złego buduara. Co jakiś czas kogoś poniosą emocje i ze stekiem wyzwisk rzuca się na przedstawiciela konkurencyjnej drużyny z pięściami. Nikt na to nie zwraca uwagi, niemniej jednak ludzie związani z już postawionymi gilotynami tworzą, pomimo wzajemnych antagonizmów, wspólny front wymierzony przeciwko tym, co to dopiero stawiają swoje gilotyny. „To śmieszne, aby stawiać kolejne! Wystarczy tylko jedna!” - ktoś krzyczy przez ręczny megfon. Jakaś starsza kobieta mu wtóruje wołając, aby się nie wygłupiać i nie mnożyć bytów ponad miarę. Wątek podchwycił ktoś z ekipy czarnych koszul ze stójkami i radośnie wykrzyczał hasła o brzytwie Okhama. Pracownicy Urzędu Urbanistycznego, przerażeni wyglądają ostrożnie przez okna, ale stojąc nie przy oknach, lecz jak najdalej od nich, w drzwiach gabinetów. Usiłują rozczytać napisy na transparentach i plakatach, napisy z jakich wynika, że Struszyński popsuł, że jest głupim i brzydkim, że śmierdzi mu z ust. Nagle rozległ się brzęk tłuczonej szyby i wrzask tłumu ekstatycznie wzrósł, dało się też usłyszeć okrzyki „wyciągaj chama”, „mamy go”, „towarzysze przestańcie”. Ktoś wołał dumnie, że wyciągnął Struszyńskiego z gabinetu, ale zaraz wszyscy zaczęli szeptać, że przecież Struszyński nie ma gabinetu na parterze, że wyciągnięty jest zbyt gruby, za chudy, nie pasuje wzrostem. Przerażeni pracownicy zaczęli masowo wychodzić przez drzwi urzędu, aczkolwiek ochrona wypuszczała ich „na własną odpowiedzialność”, klepiąc ich po ramieniu, rzucając smutne spojrzenia i życząc powodzenia. Tłum rewidował wychodzących, przyglądał się ich twarzom, popychał ich. Urzędnicy nawet nie usiłowali się bronić przed anonimowymi nogami i pięściami, trafiającymi ich niewiadomo skąd, parli tylko do przodu bladzi, byle by się wydostać. Niektórzy próbowali przy tym skandować „tak, tak, powiesić tego gada”, lecz nie wychodziło im to zbyt przekonywająco. Ochrona skutecznie pilnowała ruchu przy drzwiach, pozwalając na wyjście urzędników, ale nie na wtargnięcie wściekłego tłumu. Gdzieś w oddali, niesiony w lektyce Mandragor Pupka przyglądał się z radością sytuacji i zajadając różowe winogrona komentował, bądź wydawał polecenia wychudzonemu mężczyźnie, który zrównany był głową z Mandragorem jako że niesiony był na barana i nieustannie przytakiwał, co jakiś czas prosząc o powtórzenie, tłumacząc się zapewne tym, że w takim wrzasku niczego nie słyszy. Na telebimach Wandei Ludu coś błysnęło, pojawiły się nieregularne prążki, zaś ostatecznie biały ekran z niekończącą się listą komunikatów o błędach. „Entity: line 28: parser error : Comment not terminated”, „Entity: line 28: parser error : Premature end of data in tag style line 5„ czy „Warning: simplexml_load_string() has been moved from the main computer to unknown destination” przewijały się w kolejnych liniach. Wreszcie uakzało się logo Wandei Ludu a po nim twarz prezydenta Lepkiego.

Towarzysze! - przemówił towarzysz prezydent z telebimów Wandei Ludu – rektor LUW spiskuje przeciwko władzy i przeciwko Wandzie, wyrzeka się homoseksualizmu, Sarmacji i stożków cukru w herbacie ze strzępków majtek Euzebiszua Franelli! Klnie na nas, przeklina, pyskuje i się wulgaryzuje! Jego wstrętna morda tkwiąca w naszym kraju obraża nas! Jeżeli czegoś z nim nie zrobimy, to w ogóle przestaniemy robić cokolwiek!

W oddali pojawia się maszerujący tłum w białych kitlach, z twarzami zasłoniętymi chustami, kapturami i kominiarkami, trzymający w rękach pochodnie i karabiny. Z innej strony maszeruje pluton SAL, rytmicznie, synchronicznie, wybijając swoimi stopami donośny rytm, do którego przygrywa na fujarce jakiś mały Gnom człapiący tuż za nimi. Co będzie dalej? Co będzie dalej?

Rodzyny

Komentarze