Mandragorat Wandystanu | SKOK „Żenady”

ZAREJESTRUJ SIĘ! | Zaloguj

Moczowładny - Prolog

Palpatyn Zgonarcha Lepki, 28 listopada 2010


W pewnej małej wiosce, gdzieś w okolicach Winnicy, dzień właśnie chylił się ku końcowi. Słońce zabarwione już krwistą, rewolucyjną czerwienią, nieubłaganie zbliżało się do horyzontu, ostatnimy promieniami rozświetlając piękny, wiejski krajobraz. Lekki wietrzyk, delikatnie niczym kochanek, smagał złociste, dojrzewające kłosy pszenicy, ciągnące się aż po sam czerwony horyzont. Był to zachwycający, każdego kto go ujrzy, obraz wandejskiej, sielankowej wsi. Przywodzi on na myśli naszą, Wandejską flagę i godło. Piękny to symbol. Nie uświadczysz takich widoków siedząc zamknięty w miejskich murach. W szarych, wielkich aglomeracjach, budowanych chyba na wzór monarchofaszystowskich siedlisk. Prawdziwy Wandystan był właśnie tu, na prowincji. Ci wszyscy pseudo towarzysze z samej góry daleko odeszli od Ducha Wandy. Może jeszcze kilku lewych było, ale to jakieś niedobitki. Czy to przywileje tak ich zepsuły? Czy może to przez konieczność nieustannego stykania się z monarchofaszystowskim pomiotem. Wiatrakow rozmyślał o tym wszystkim, stawiając sobie wiele niezwykle ważnych można rzec egzystencjalnych, a goszczących w głowach licznych, współczesnych wandów pytań, przyglądając się jednocześnie swojemu potężnemu strumieniowi moczu, który połyskując w ostatnich czerwonych promieniach słońca, zraszał ściankę stodoły. I gdy wreszcie więcej już nic z siebie nie mógł wydobyć, strząsając ostatnie krople zakrzyknął - Dosyć! Dłużej tak być nie będzie. Trza by coś przedsięwziąć by zmienić to całe łajno. A że tego dnia, jak każdego pierwszego miesiąca, cała wioska zbierała się przy ludowym ognisku pijąc, rozmawiając i bawiąc się, spiesznie oddalił się od miejsca swoich rozważań i podążył ku centrum wioski. Przy ognisku zaś, jak dobrze Wiatrakow wiedział, siedział jak zawsze sam Geremkosz, i to pomimo tego że był najstarszym mieszkańcem wioski i jak powszechnie uważano był wielkim mędrcem. Udał się zatem Wiatrakom wprost do niego, biorąc tylko z pobliskiego stołu dwa kieliszki, co by na rozluźnienie języka jeszcze kilka głębszych, z jego wciąż prawie nietkniętej, chowanej na późniejsze godziny flaszki, wypić. Uściskawszy sędziwego mędrca i wznióswszy tradycyjny, wprowadzający toast za wieczną rewolucję i chwałę Wandy zagadnął

- Dziadunio... bo ja mam taką sprawę... my tu wszyscy wiemy że ty nie w ciemię bity i dużo wiesz i rozumujesz. I ja tak sobie rozmyślił, że może mógłbyś pomóc mnie w moim zgryzie... Sam dziadunio wie co się tera w kraju wyprawia, słów ni warto nawet mówić, a ja o tak tu siedzę i już wytrzymać nie lzie! Muszę coś zrobić, i ja wiem, jak Wande kocham, wiem że jakowyś sposób być jest, żeby na to zaradzić, jeno jeszcze nie wiem jaki... może, może jakowąś rade dziadunio by mnie dał? - Geremkosz słuchał całego tego przydługiego wywody z rosnącą ekscytacją, pomimo wielu już wypitych kielichów umysł mu się rozjaśnił, wszystko przypomniało i wiedział że właśnie na tą chwile tyle czasu, niemal całe życie, czekał. Odstawiwszy swój kieliszek, z najwyższą powagą począł recytować:

- I nadejdą czasy smutku i klęski
A wiedział nie będzie nikt co ma czynić
I wtedy przybędzie bohater wiejski
Nie będzie on jednak mógł was wyzwolić
Jego przybycie znakiem jeno będzie
Nadchodzącej wielkiej Kary i Pomsty
Gwiazdy uderzą i upadną twierdze
Lud nikczemny narzędziem będzie zemsty
Dzieła strasznego dokończy piach i pył
A Ty wiejski dziadzie znaku wypatruj
Dnia który złotem i krwią będzie się tlił
Posłańca na właściwe tory skieruj

- Eee, co ty mnie tu jakimś rymowankiem czy czym walisz? Jeśli to ma być rada, to już ja wole mojego kieliszka się radzić...
- To przepowiednia! Proroctwo!
- E, bycze łajno jakieś
- NIE! Nie, czekaj dziecko moje porywcze i niewytrwałe! Radę dopiero teraz ci dam. A raczej pomogę ci jej odszukać... Gdy ciebie jeszcze na świecie nie było, ba twoich rodziców też! Ja przemierzałem nasz piękny kraj wzdłuż i wszerz, oj gdzie ja nie byłem. Ale do rzeczy! Pewnego razu zawędrowałem do dziwnego lasu, w zasadzie do wielkiej nie przebytej dżungli w zachodnich rejonach Perunary... co tu dużo mówić zgubiłem się, o tak, jeszcze jak! I gdy już myślałem, że puszcza ta pogrzebie mnie, jak i pewnie wielu innych pogrzebała, czerpiąc z nas życiodajne soki, przybył po mnie. Leżałem i czekałem już na śmierć, gdy nagle z szaleńczym śmiech doskoczył do mnie jakiś dziad i zasadzając mi kopa wrzasnął "Wstawaj! Nie twój to czas, dużo zrobić ty jeszcze musisz!". To był wielki, wspaniały człowiek. Niezwykły. Mój mistrz. Wiem, że wyda Ci się to idiotyczne, ale do niego musisz się mój chłopcze udać. On cie nauczy wszystkiego, on pomoże zdziałać wiele...

- Ale przeca on już zapewne od stu lat kwiatki wącha!
- Nie bądź taki pewien... jeszcze wielu rzeczy nie wiesz o tym świecie... Idź tam, a odpowiedzi znajdziesz. To moja rada, innej nie dostaniesz. Zawsze możesz zrezygnować i zostać już po wsze czasy tutaj i bezproduktywnie narzekać tylko...
- A żeby cie! Przemyśleć to musze...
- Przemyśl, a mnie już nie męcz! Tu masz mój dziennik ze wskazówkami... Sio! Przemyśliwać!

Wiatrakow więc poszedł do swojej chaty i rozważał noc całą, czy ma sens jakikolwiek ta szaleńcza wyprawa do jakiejś zapewne zmyślonej i nieżyjącej od dawna postaci. Iść przez cały kraj i być może na końcu swej drogi nic nie znaleźć, czy też porzucić myśli o zmianach i do końca życia przyglądając się patałachom z rządu na roli robić...

Rodzyny

Komentarze