Mandragorat Wandystanu | SKOK „Żenady”

ZAREJESTRUJ SIĘ! | Zaloguj

Rękopis znaleziony w inboksie

Alojzy Pupka, 4 grudnia 2010


O kurna, znalazłem to w skrzynce przed chwilą! Wklejam bez zmian - Pupka

Moczowładny - Rozdział V

Błoto zmieszane z krwią spływało z ciała Wiatrakowa w obfitych strugach deszczu. Ledwo utrzymywał się na nogach, ale wytrwale stał i łomotał w drzwi chatki. Mistrz jednak nie otwierał. W końcu pukać przestał i osunął się na ziemię, a wiedział że każda chwila jest ważna, że za chwilę może być za późno. Nie miał już jednak siły, musiał odpocząć. I gdy już zamykał oczy usłyszał... chichot, tak! Żeński chichot! Nie ma co do tego wątpliwości. A potem trzask drzwi, jakieś szumy, przyciszone głosy. Adept Moczu zerwał się na nogi, zebrał w sobie siły by stoczyć kolejny pojedynek, choćby miałoby kosztować to życie, już chciał biec w stronę głosu gdzie jak się spodziewał zastanie chichoczących wysłanników Złego nad stygnącym ciałem jego Mistrza, gdy wtem drzwi się otworzyły.

- Ja yyy słyszałem...
- Tak?
- Jakieś głosy tam i...
- Głosy słyszysz? W dżungli za długo byłeś co?
- Nie, ja... czemu drzwi nie otwierałeś?! Jestem wykończony...
- Krwawisz, ale nic to. Jak widzę stać radę dajesz i do walki rwiesz się jeszcze, hę? Chodź, dam ci zaraz dobrego cos, sił przywróci ci, czasu mało, jak zawsze, czasu mało!
- Tak, mało. Już wszystko wiem...
- Wiesz?
- I jestem gotów
- Mocz w Tobie silny, ale czy radę dasz?
- Muszę, źródła zła tego tutaj, ale i w całym Wandystanie poznałem. Dobrze że wysłałeś mnie wpierw na tę misję. Teraz wszystko rozumiem...
- Dobrze.
- Ale... ale w wizjach... widziałem śmierć.
- Swoją czy czyjąś?
- N-nie jestem pewien. Dużo śmierci.
- Śmierć jest naturalną częścią życia.
- Tak.
- Wandy wola wypełnić się musi.
- A więc polecę.
- Mam statek nie daleko ukryty, zabiorę cię ja do niego. W drodze odpoczniesz. Pij, to receptura starożytna, znacznie wzmocni cię. Ta walka trudną będzie, smierć i ja widzę w tym starciu, możesz nie wrócić już. Pij, pij.
- Jakies dziwne to, ciemne. Nie zaprowadzi mnie to na ciemną stronę Moczu?
- PIJ! To krwista czerwień jest, potężny będzie twój Mocz, o tak.
- Czy ja umrę?
- Jeśli Wanda tak zechce... to tak.
- Więc żegnaj.
- To dla dobra Wandystanu, Rewolucji, taka wola Wandy.
- Wygram, obiecuję.
- Niech Mocz będzie z Tobą.

Wiatrakow wszedł do przypominającej nabój do AK-46 kapsuły-statku, a tuż za nim błyskawicznie zatrzasnęły się wrota. Na szczęście w tym samym momencie zapaliły się lampy pod podłogą skutecznie rozświetlając całą przestrzeń. Ale dużo do oświetlania nie było. Niewielki panel, służący najpewniej do sterowania, fotel pośrodku i sedes na wprost fotela. Nasz bohater podszedł do panelu chcąc urochomić statek. Nie było to trudne; na desce rozdzielczej centralne miejsce zajmował wielki przycisk podpisany jako "start". Wcisnął go i poczuwszy wibracje, ufając swojemu Mistrzowi, usiadł wygodnie na fotelu. Rozsiadłszy się, włożył do specjalnie do tego przeznaczonych miejsc w sumie 5 butelek z przekazanym mu dziwnym napojem po czym rozpiął rozporek, wyjął rękojeść (jak żartobliwie określał w myślach swojego penisa) i po chwili obliczeń skierował strumień Moczu wprost do dziury w sedesie. Odprężył się, oczyścił myśli i odpłynął w medytację. Po zaledwie pół godzinie dało się odczuć potężny wstrząs. Statek zacumował. Najwyraźniej kody tego pojazdu były w bazie danych stacji. Adept wybudził się z medytacji, wypił ostatnią butelkę krwistego napoju i wstał czując drzemiącą w nim potęgę Moczu i niezwykły spokój. Jego umysł był jasny on zaś skupiony. Cel był jasny. Zniszczyć Palpatyna Zgonarchę Lepkiego. Prezydenta Mandragoratu Wandystanu. Złego. Człowieka działającego przeciw Ludowi i Rewolucji. Upojonego swoją władzą i potęgą, potęgą płynącą z ciemnej strony Moczu. Wiatrakow widział to w swoich wizjach. Teraz od niego wszystko zależy, od tego pojedynku. Wrota otwierają się. Czterech żołnierzy 69 Kompani Piechoty czeka na niego. Stoją na baczność, nie atakują go, nie pytają. Oni też już wiedzą. Kiwa im głową, ale nie odpowiadają mu. Bez słów ruszają, wiedząc że on pójdzie razem z nimi. Maszerują do centrum dowodzenia, prowadzą go do Złego.

Żołnierze wypychają Wiatrakowa z windy, sami zaś nie wychodzą z niej, zostawiając go samego. Panuje tu półmrok - jedynym źródłem światła są monitory, lampki kontrolne i ostatnie promienie słońca wdzierające się przez przepastne okno. Dzięki temu w centralnej części sali, na podwyższeniu, obok fotela przypominającego tron, można było dostrzec postać skrytą w czarnym płaszczu, z kapturem na głowie. Ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, Palpatyn przyglądał się naszej planecie wciąż jeszcze cieszącej się światłem zachodzącego słońca. Jak wszystko w kosmosie, był to zapierający dech w piersiach widok. Szczególnie dla kogoś kto nigdy nie miał okazji choćby zdjęć zobaczyć, jak to było w przypadku młodego Adepta Moczu. Podszedł on do wielkiego okna przy którym stał Lepki i aż westchnął z zachwytu. Stali tak obok siebie chwil kilka, milcząco podziwiając piękno świata naturalnego. Wiedząc, że zaraz przyjdzie któremuś z nich umrzeć. W końcu odezwał się Zły.

- Piękne prawda? Oczywiście że tak. A widzisz tu jakiś beton? Widzisz tu działalność człowieka? Czysta natura, a czy my nie jesteśmy zwolennikami postępu? Industrializacji? Wyobraź sobie, gdyby cała planeta zamieniła się w jedno wielkie miasto... Czyż nie byłby to odrażający widok? Świat nie jest czarno-biały towarzyszu...
- Owszem, pięknie to wszystko wygląda, ale gdyby stało się tak jak mówisz, widok z tej stacji - produktu zindustrializowanego społeczeństwa i wysokiej technologii - byłby jeszcze wspanialszy. Wszystko jest jasne towarzyszu. Nie ma względności, nie ma szarości. Jesteś z Wandą, z Rewolucją, albo przeciw niej. Wybrałeś przeciwną Rewolucji stronę i za to musisz zginąć. Zatruwasz naszą ojczyznę swoimi wątpliwościami, swoim pesymizmem, swoim antywandyzmem.
- Nic nie rozumiesz... ale jakże mogłoby być inaczej? Jesteś małpą, której dano zegarek. Skończmy to byle prędzej. Jeszcze muszę uratować świat.

Palpatyn odrzucił kaptur, rozchylił płaszcz i ujął w dłoń naprężone prącie. Wiatrokow już był gotowy - przyjąwszy pozycję bojową i pewnie dzierżąc swą rękojeść czekał na atak. Tylko delikatny pomruk aparatury i lekko przyspieszone oddechy zakłócały idealną ciszę która zapanowała. Pięć krótkich tryśnięć, po których Palpatyn natychmiast zeszkoczył z podwyższenia unikając ewentualnego kontraatku, rozpoczęło pojedynek. Wiatrakow jednak był niedoświadczony, ledwo co udało mu się odbić trzy z lecących strumyczków Moczu, a co dopiero mówić o kontraataku. Do tego dwa pozostałe dosięgły celu odrzucając go do tyłu. Rozległ się gromki śmiech Palpatyna.

- I ty masz być tym, który strąci mnie w otchłań niebytu?! - Potężny strumień krwistoczerwonego Moczu uderzył znikąd, uciszając Lepkiego. Mimo uniku o włos brakowało, a atak byłby skuteczny. - No, no może jednak powalczymy...

Słońce właśnie całkowicie zaszło, pogrążając w całkowitym niemal mroku pomieszczenie, tak że nie sposób było dostrzec ani walczących, ani wymienianych przez nich ciosów. Oni jednak wiedzieli gdzie celować. Mocz ich prowadził... Ale, choć obaj wiele Moczu w sobie mieli, to Palpatyn wyraźnie dyktował warunki pojedynku. Można było odnieść wrażenie że bawi się swoim przeciwnikiem, drażni go. Tak też sądził atakowany. Nie wiedział, że dynamiczny pojedynek niesamowicie męczył starego już Zgonarchę. Z tego też powodu obaj dążyli do ostatecznego zwarcia, do decydującego pojedynku Moczu. W końcu decydując się na rozstrzygnięcie, stanął Palpatyn mając własny tron za plecami, naprzeciw siebie zaś mając drzwi do windy obok której skrył się po ostatnim uderzeniu Wiatrokow i zawołał:

- Kończmy to! Poznasz teraz prawdziwą potęgę Moczu! - Młody adept bez lęku wyszedł, stanął naprzeciw swego wroga i spokojny głosem odpowiedział:

- Twój Mocz jest czarny niczym noc, podążasz ścieżką ciemności, a ta daje złudne poczucie siły. Teraz, na koniec, wreszcie to zrozumiesz.

Strumienie moczu jednocześnie wystrzeliły z obu członków i dokładnie w połowie drogi starły sie ze sobą. Energia i sama uryna bryzgały na całe pomieszczenie, niszcząc wszystko w co trafiły, w miejscu zaś styku obu strumieni tworzyła się nabrzmiewająca bańka Moczu. Energia jaka skumulowała się w tym miejscu była tak wielka, że czerwono-czarne promieniowanie rozświetliło twarze walczących. Wyraźnie widać było pogardę, wściekłość i wysiłek, wyrysowane na twarzy Palpatyna oraz spokój i co najwyżej lekkie zmęczenie malujące się na obliczu Wiatrakowa. Krzyk wysiłku i ze strony Złego poszedł impuls zwiększonego strumienia Moczu. Bańka pękła z ogłuszającym hukiem rozlewając się niszczącą falą energii, która zmiotła wszystko w promieniu dziesięciu metrów. Palpatyna odrzuciło wprost na jego tron, co uratowało go przed niechybną śmiercią w przestrzeni kosmicznej, bowiem okno nie wytrzymało i rozprysło na milion maleńkich kawałków. Szybko jednak system zabezpieczeń zamknął laserową kurtyną wybite okno, powstrzymując wyssanie wszystkiego z sali tronowej. Wiatrokow miał mniej szczęścia - fala Moczu odrzuciła go na drzwi windy, które razem z nim uderzyły w ścianę szybu. Lecąc ku pewnej śmierci kilkadziesiąt pięter w dół, zdążył jednak ocknąć się i chwycić wystające kable ratując swoją misję przed całkowitą klęską. Rozpoczął wspinaczkę z powrotem na górę, a gdy dotarł na ostatnie piętro, Zły już na niego czekał. Delikatnie nadepnął na jego dłoń - na tyle by dać do zrozumienia bliskość śmierci, ale nie na tyle, by zrzucić go z powrotem w przepaść.

- Wiesz co? Nawet mi ciebie żal. Mógłbyś zajść naprawdę daleko, gdybyś tylko nie poddał się zwodniczym naukom i manipulacjom Madam Ichnik...
- Akhhhe... - Wiatrakow wydał z siebie przeciągłe kaszlnięciocharknięcie - To ty poddałeś się zwodniczym naukom! A żadnej Madam nie znam skurwysynie. - Mieszanka krwi i śliny wycelowana w twarz Palpatyn trafiła jedynie w jego but, spływając na dłonie Wiatrakowa.
- Więc nawet nie wiesz... Czy zastanawiałeś się skąd znam ścieżki Moczu? Czyż sam mogłem się wszystkiego nauczyć? Bez... mistrza? Taak, dobrze się domyślasz, miałem tego samego mistrza co ty i też dałem się początkowo zmanipulować. Na szczęście Wanda chciał, że przejrzałem i zobaczyłem...
- Weź nie pierdol, tylko kończ to...
- Czy nie zastanawiało cię czemu twój mistrz nigdy nie pokazywał jak się co robi? Nie ćwiczył z tobą?
- Sstary jest.
- Gdy jeszcze moje szkolenie się nie zakończyło, moja wrodzona ciekawość zaprowadziła mnie do pokoju naszego mistrza. Odkryłem tam przerażającą prawdę...
- Nie waż się oczerniać mojego mistrza!
- Mój drogi... Twój mistrz... Twój mistrz jest kobietą...
- Nie, to nie może być prawda!
- Zbadaj swoje odczucia! Niech Mocz w twym umyśle i sercu przemówi! Przyjmij prawdę.
- NIEeeeeeee!!!
- Ciemna czy Czerwona ścieżka... liczy się tylko władza, potęga. Ona wykorzystała cię, oszukała, byłeś dla niej środkiem do powrotu do władzy. Chodź ze mną, razem Czerwień i Czerń naprawi i odbuduje Wandystan!

Palpatyn zdjął but z dłoni swego wroga i wyciągnął ku niemu rękę. Nie wiedział jeszcze, że to już nie ma znaczenia. Dokładnie w momencie wyciągnięcia ręki, metoryt przekroczył linię bezpiecznego strzału. Szansa na rozbicie skały na dwa mniejsze kawałki które ominęły by v-Ziemię bezpowrotnie minęła.

- Niee. Nie dołączę do Ciebie. Jeśli nie ma żadnych wartości i Idei, jeśli liczy się tylko władza... jeśli Rewolucja umarła, Wandyzm to pusty frazes, a Mandragorat to ciepłe stołki... Nie chce żyć w takim świecie i niech Wanda mi wybaczy, że nic mi się nie udało...

Wiatrakow, Moczowładny, Nadzieja Ludu, Znak od Wandy... W świecie umarłych idei wolał wybrać śmierć od władzy. Palpatyn nie mógł zrozumieć dokonanego przez tego śmiałka wyboru. Poczuł też jak jego twarde i zimne niczym skała serce drgnęło, do oczu zaś napłynęła dziwna wilgoć której pochodzenia i przyczyn nie mógł dociec. Otarł twarz, wziął się w garść i podszedł do tronu. Włączył komunikator, który od razu rozbrzmiał spanikowanymi krzykami żołnierzy.

- Spokój! Co tam się dzieje!
- Towarzyszu Palpatynie! Skała! To koniec! Przekroczyła linię zero! To już koniec!!!
- Sza! Możemy wciąż zminimalizować straty. Wykonać uderzenie rozbijające. Strata Precelkhandy i Winnicy aż tak nas nie pogrąży...
- T-tak jest!

Palpatyn, zmęczony, zrezygnowany i załamany skrył swą twarz w dłoniach i tym razem już rzewnie, bez zahamowań zapłakał

- Bądź przeklęta Madam Ichnik! - krzyknął z wściekłością i rozpaczą w głosie... Fale uczuć targały Palpatynem, choć do tej pory całkowicie panował nad emocjami. Gdy było trzeba uwalniał je, by innym razem całkowicie je stłumić. Teraz stracił jakąkolwiek kontrolę. I gdy tak jego serce miękło, dusza się budziła, zaś bezwzględny polityk umierał, doznał olśnienia.

- Poruczniku! Jesteście tam jeszcze?
- Tak jest, zaraz odliczamy do strzału.
- Zmiana planów Towarzyszu. Ogłoś ewakuację bazy. Ustaw nasz kurs na kolizyjny ze skałą.
- A-ale czy to coś da?
- Tak, jeśli ktoś w ostatniej chwili uzbroi działo.
- Tak, chyba tak! To się powinno udać! Gdzieś nawet miałem takie obliczenia... Słyszeliście? Ustawiać kurs! Zaraz wyznaczę ochotników do tego chwalebnego zadania! - Towarzyszu. Wszyscy, dokładnie wszyscy, macie się ewakuować.
- Nie rozumiem, to kto zo... Towarzyszu Prezydencie! Chyba nie myślicie żeby...
- Już nie jestem Prezydentem. Wykonać! To rozkaz!
- T-tak jest. Niech Wanda ma cię w swojej opiece... Dziękujemy.

Ryk syren ewakuacyjnych zagłuszał nawet myśli. Nie przeszkadzało to jednak Palpatynowi. Patrzył wprost na zbliżając się skałę. Jego serce wypełniło się spokojem i... szczęściem. Tym prawdziwym. 10... 9... 8... guzik wciśnięty, działo uzbrojone, 3... 2... 1...


- Ku chwale Rewolucji i Wandy!


Zderzenie i ogromny wybuch. Zgromadzony płynny beton gotowy do precyzyjnego strzału w jednym momencie eksplodował w wbijającej się w głąb meteorytu bazie. To wystarczyło by rozbić go nie na dwa, ale na setki kawałków, które jeśli dotrą do ziemi będą całkowicie niegroźne. I tak Wiatrakow, krusząc lód Palpatynowego serca swym bohaterskim czynem, uratował jego rękami Mandragorat Wandystanu przed całkowitym zniszczeniem. Teraz wszystko w rękach Wandejczyków. Czy znak odczytają, czy odejdą w nicość.


KONIEC

Rodzyny

Komentarze